12 lutego 2013
Tego pięknego dnia po południu udaję się na trening biegowy w dolinę Seinsbach. Początkowo biegnę przy rzece Izerze, by przebiec koło jednostki wojskowej i wkrótce skręcić na szlak.
Tutaj już jest trochę bardziej pod górkę.
Dobiegam do strumienia Seinsbach, przechodzę przez most i wspinam się znanym już sobie stromym podejściem przez las. Słońce grzeje w plecy, więc ściągam wiatrówkę i biegnę w samej koszulce. Kto by się spodziewał - luty w górach!
Po tym stromym podejściu wychodzę na drogę, która prowadzi aż do schroniska na końcu doliny.
Na razie nie ma śniegu.
Z każdym jednak kilometrem śniegu jest coraz więcej. Jest miękki, puszysty, więc trochę energii kosztuje odbicie.
Jest to bardzo piękny szlak. Po prawej stronie wznosi się masyw Wörnera, a po lewej długa oświetlona popołudniowym słońcem grań, którą wieńczy Soiernspitze.
Na wysokości ok. 1300 metrów śnieg jest już bardzo głęboki i właściwie ledwie przetarty. Spotykam na trasie tylko dwóch piechurów.
Do samego schroniska, które znajduje się na wysokości ok. 1400 metrów nie dobiegam, gdyż jakieś 200 metrów przed nim przetarcie śniegu zupełnie zanika, a nie chce mi się narażać moich butów na całkowite opanowanie przez wdzierający się śnieg.
Zjadam kawałek czekolady i zaczynam powrót. Bardzo przyjemnie zbiega się w tym miękkim śniegu, więc lecę w dół jak tylko można.
Ostatecznie zrobiłem ok. 16 km w 2 godziny i 19 minut.
Po powrocie do domu i kąpieli męczy mnie kaszel. Ustępuje dopiero po dezynfekcji gardła odrobiną Johnny Walkera.
Wieczorem udajemy się do do bardzo przyjemnej pizzerni w Mittenlwadzie.